Płatności za treści dla AI: ile dostają wydawcy i czego nie załatwi sąd
Google płaci części wydawców ułamek promila przychodów reklamowych, Cloudflare uruchamia w becie opłaty za użycie treści, a sąd w USA oddalił pozwy przeciw Google. Dla firm inwestujących w treści to sygnał, że licencje szybko nie zastąpią utraconego ruchu.
Firmy, które od lat inwestują w content marketing, blogi eksperckie i serwisy branżowe, mają nowy problem. Ich teksty coraz częściej trafiają do odpowiedzi czatbotów i podsumowań AI, a coraz rzadziej przynoszą kliknięcia. W ostatnich dniach pojawiły się trzy informacje, które pokazują, ile na razie da się na tym odzyskać: pieniądze z pilotażu Google, nowe modele płatności Cloudflare i wyrok amerykańskiego sądu. Zestawiliśmy je, żeby sprawdzić, jakie opcje ma dziś właściciel serwisu.
Pilotaż Google: stawki znaczące tylko dla nielicznych
Według serwisu The Information, na który powołuje się Search Engine Journal, Google płaci obecnie około 100 wydawcom cyfrowym w ramach pilotażu wynagradzania za wkład treści w odpowiedzi AI. Program testuje od niecałego roku. Rozpiętość wypłat jest ogromna: część mniejszych serwisów zarobiła poniżej 1000 dolarów w ciągu kilku miesięcy, a jeden z wczesnych uczestników dostaje ponad milion dolarów rocznie.
Dla kilku małych i średnich serwisów te wypłaty to mniej niż 0,1 proc. przychodów z reklam. Wydawca, który dołączył kilka miesięcy temu, zarobił dotąd 50-60 tys. dolarów i sam przyznał, że to niewielka część jego biznesu. Według tych samych doniesień więcej zdają się zarabiać treści na tematy, które budzą duże zainteresowanie użytkowników, ale są rzadziej opisywane, takie jak anime czy gry.
Pozostaje pytanie, za co Google właściwie płaci. Treść ma zarabiać wtedy, gdy „znacząco przyczynia się” do odpowiedzi w aplikacji Gemini, w AI Overviews (podsumowaniach AI nad wynikami wyszukiwania) i w AI Mode. Potwierdzanie faktów ani link dodany po wygenerowaniu odpowiedzi się nie liczą. Google nie wyjaśnił, co oznacza „znacząco”. Uczestnicy widzą w Search Console (bezpłatnym panelu Google dla właścicieli stron) miesięczną kwotę, ale bez metodologii, a część z nich mówi, że wypłaty zmieniają się z miesiąca na miesiąc bez wyjaśnienia. Część dużych wydawców na razie nie przystąpiła do pilotażu, bo uznała oferowane kwoty za zbyt niskie, i liczy na wyższe stawki od Google oraz innych firm AI.
Różnica między małym a dużym wydawcą jest tu wyraźna. Duży wydawca ma pozycję negocjacyjną i może czekać na lepszą ofertę. Mały serwis dostaje stawkę, której nie zna z góry i której nie zweryfikuje.
Cloudflare: cennik ustala kupujący albo sprzedający
Cloudflare 30 września wprowadził w fazę beta dwa produkty. Monetization Gateway pozwala pobierać opłatę od agenta AI za każde zapytanie do API, narzędzia, zbioru danych lub strony. Cenę ustala sprzedający, rozliczenia mieszczą się w przedziale od 0,001 do 100 dolarów i odbywają się w stablecoinie USDC (kryptowalucie powiązanej z kursem dolara). Na razie to zamknięta beta wyłącznie dla firm z USA, z dodatkowymi warunkami, m.in. kontem starszym niż 60 dni.
Drugi produkt, Pay Per Use, odwraca role. To firma AI określa, za jakie użycie treści zapłaci i ile, a wydawca może ofertę przyjąć lub odrzucić. Użycie raportuje sam kupujący, a Cloudflare sprawdza tylko, czy zgłoszenie pasuje do zarejestrowanego wydawcy, po czym rozlicza się co miesiąc. Cloudflare nie podał nazw firm AI kupujących w tym programie ani żadnych danych o liczbie transakcji czy wypłatach. Krążące w branży szacunki 50-200 tys. dolarów miesięcznie dotyczą wcześniejszego Pay Per Crawl, obejmują tylko wąską grupę serwisów o ogromnym ruchu i nie pochodzą od samej firmy.
Płatność za zarejestrowane użycie treści przewiduje też Publisher Content Marketplace, który Microsoft uruchomił 4 lutego 2026, ale warunki licencji ustalają tam sami wydawcy. W pilotażu uczestniczyli m.in. Associated Press, Condé Nast czy Vox Media. Każda z tych firm inaczej definiuje jednak, czym jest „użycie” treści, i nie ma wspólnej metody pomiaru.
Sąd przyznał, że wydawcy mają problem, ale oddalił pozwy
Tego samego dnia, 30 września, sędzia Amit P. Mehta z Sądu Okręgowego dla Dystryktu Kolumbii oddalił pozwy antymonopolowe Chegg i Penske Media (wydawcy m.in. Rolling Stone i Variety) przeciw Google. Odrzucił pięć kategorii zarzutów, w tym wiązanie wyszukiwarki z AI Overviews i rzekomą umowę „treści za ruch”. W uzasadnieniu napisał, że wydawcy mieli jedynie oczekiwanie, że Google odeśle im ruch w zamian za darmowy dostęp do treści: „But an expectation is not an agreement” - oczekiwanie nie jest umową.
Sędzia nie stwierdził, że wydawcy nie ponieśli szkody. Przyznał wprost, że nie lekceważy ich sytuacji ani skutków dla dziennikarzy i twórców, których treści Google wykorzystuje bez wynagrodzenia. Pozwy upadły, bo nie spełniły wymogów amerykańskiego prawa antymonopolowego. Według Forbesa to już trzeci raz, gdy ten sędzia odrzucił podobne zarzuty dotyczące funkcji AI Google, a sam zasugerował, że reagowanie na zmiany wywołane nową technologią to zadanie ustawodawcy. W sprawie Penske Media oddalenie nastąpiło bez pozbawienia prawa do ponownego pozwu, a orzeczenie jest ostateczne i można je zaskarżyć apelacją. Dla firm wniosek jest praktyczny: na szybkie rozstrzygnięcie sądowe nie warto liczyć.
Blokować, sprzedawać czy mierzyć
Skala zjawiska rośnie. Według danych TollBit, firmy pośredniczącej w licencjonowaniu treści, odsetek kliknięć z platform AI do jej partnerów spadł z 0,8 proc. w drugim kwartale 2025 do 0,27 proc. w czwartym. Co ważne, spadał także u wydawców z podpisanymi umowami z firmami AI.
Najprostsza reakcja, czyli blokada botów w pliku robots.txt (instrukcji dla robotów sieciowych, której przestrzeganie jest dobrowolne), nie jest uniwersalnym rozwiązaniem. Badacze z Rutgers Business School i Wharton przeanalizowali 30 dużych serwisów informacyjnych: po zablokowaniu modeli językowych ich ruch spadł o 23 proc. według SimilarWeb i o 14 proc. według Comscore. U części mniejszych serwisów efekt bywał odwrotny, ale te wyniki autorzy traktują jako wstępne.
Dlatego decyzję lepiej poprzedzić pomiarem. Google dodał niedawno parametry UTM (znaczniki źródła w adresie) do linków wychodzących z Gemini, co ułatwia odróżnienie tego ruchu od wejść bezpośrednich w Google Analytics. Działa to jednak głównie na komputerach: w aplikacji mobilnej Gemini parametry trafiają tylko do ok. 9 proc. przypadków, a wywołania asystenta Androida w ogóle usuwają informację o źródle wejścia.
Nasz wniosek: dla większości firm inwestujących w treści płatności od AI nie są dziś źródłem przychodu, tylko eksperymentem z nieprzejrzystymi zasadami. Rozsądna strategia na teraz to mierzenie ruchu z czatbotów, selektywne podejście do botów (treningowe osobno, wyszukiwania osobno) i traktowanie ofert licencyjnych jako dodatku, a nie planu biznesowego.